Firmy tracą pieniądze na edukację żywieniową. Oto dlaczego
Piotr Kamiński od dekady doradza firmom w obszarze benefitów pracowniczych. Ma konkretne zdanie o edukacji żywieniowej w korporacjach.
Ile firm faktycznie marnuje pieniądze na programy żywieniowe?
Około 70% tych, z którymi pracowałem. Nie dlatego, że pomysł jest zły. Problem leży w wykonaniu. Firma wydaje 50-100 tysięcy rocznie, a po roku nie widzi żadnych zmian w absencji chorobowej, energii zespołu czy satysfakcji pracowników.
Klasyczny przykład z tego roku: firma z sektora finansowego, 400 osób. Kupili platformę online z dietami, treningami, przepisami. Koszt: 60 tysięcy. Aktywnych użytkowników po trzech miesiącach: 23 osoby. To mniej niż 6% zespołu.
Co poszło nie tak w tym przypadku?
Wszystko. Po pierwsze, nikt nie zapytał pracowników, czy w ogóle chcą takiej platformy. Po drugie, komunikacja – jeden mail od HR i tyle. Po trzecie, brak onboardingu. Ludzie dostawali login i hasło bez instrukcji. Po czwarte, zero integracji z codzienną pracą.
Widziałem ten wzorzec dziesiątki razy. Firma kupuje rozwiązanie technologiczne, zakłada że "przecież każdy potrafi kliknąć", i kończy się fiaskiem.
Jakie inne błędy są częste?
Nieadekwatny poziom zaawansowania. Firma organizuje wykład o indeksie glikemicznym dla pracowników fizycznych, którzy głównie chcą wiedzieć, co kupić w Biedronce, żeby było szybko i tanio. Albo odwrotnie – podstawy diety dla managerów, którzy już to wszystko wiedzą i potrzebują czegoś głębszego.
Kolejna sprawa: ignorowanie rzeczywistych warunków pracy. Firma z pracy zmianowej dostaje porady o regularnych posiłkach co 3-4 godziny. Ludzie pracują w systemie 12-godzinnych zmian z jedną przerwą. Jak to ma działać?
Co z timingiem? To ma znaczenie?
Ogromne. Widziałem firmy startujące z programami w grudniu, w szczytowym okresie przedświątecznym. Albo w połowie maja, przed sezonem urlopowym. Efekt? Ludzie są nieobecni lub zajęci innymi sprawami. Program się nie przyjmuje.
Optymalny moment to wrzesień-październik lub styczeń-luty. Ludzie wracają do rutyny, są bardziej otwarci na zmiany. Ale nawet wtedy trzeba dać czas – minimum 3-4 tygodnie na odpowiednie zakomunikowanie i przygotowanie zespołu.
Jak firma może sprawdzić, czy nie marnuje pieniędzy?
Trzy proste pytania. Pierwsze: czy więcej niż 30% pracowników faktycznie korzysta z programu? Jeśli nie, coś jest nie tak. Drugie: czy ludzie mówią o tym spontanicznie – przy kawie, w komunikatorze? Jeśli program jest tematem rozmów, to dobry znak. Trzecie: czy widzicie konkretne zmiany – mniej puszek cola w koszu, więcej tupperware w lodówce?
Mierzenie to nie rocket science. Wystarczy prosty arkusz z podstawowymi metrykami co miesiąc. Uczestnictwo, NPS, anegdotyczne feedback. Jeśli po trzech miesiącach nic się nie zmienia, trzeba reagować albo kończyć program.
Ostatnia rada?
Nie kupujcie gotowych pakietów bez możliwości dostosowania. Każda firma jest inna. To, co działa w startucie technologicznym, nie zadziała w fabryce. Zawsze sprawdzajcie referencje – konkretne liczby, nie ogólniki o "zwiększonym zaangażowaniu". I pamiętajcie: małe, regularne działania biją jednorazowe wielkie eventy.